Ta cała "zabawa" w emocje...

i rozmowy o nich... Po co nam??? Po co to Ignacemu?

Nie mogłabym po prostu sobie trochę odpuścić? Krzyknąć, gdy on krzyczy? Ukarać, gdy kopnie brata albo kolegę? Albo zapowiedzieć, że jak jeszcze raz to się powtórzy, to nie będzie mógł włączyć komputera?


A może zamiast sprawdzać, dlaczego krzyczy, rozmawiać o tym, że jest mu trudno rozstać się z kolegą, gdy tak dobrze się bawili- powinnam zirytowanym głosem powiedzieć: "Proszę się ubierać bez marudzenia! Trzeba się było bawić z kolegą wcześniej...Za pięć minut wychodzimy!". 


Albo zamiast "rozumieć", że może czuć się rozczarowany, zawiedziony, albo mu smutno, czy złości się, mogłabym machnąć ręką i zająć się swoimi sprawami- przecież i tak z tego niewiele skorzysta, a ja mam wystarczająco wiele na głowie.


Po co niepełnosprawnemu dziecku rozmowy o emocjach? Czyż nie lepsze są jasne zasady, persfazja, nagrody i kary oraz "konsekwencja"?

No? Może przestańmy się oszukiwać- nie róbmy nic na siłę- rzeki kijem nie zawrócimy.....




Kwiecień. Oprócz tego, że przeplata trochę zimna trochę lata i jest miesiącem wiedzy o autyzmie, jest też czasem, w którym na jednej z moich "ulubionych" stron fb (Dobra relacja - Małgorzata Musiał) trwa akcja tematyczna dotycząca emocji. Codziennie pojawia się na niej coś inspirującego, coś, co mnie zatrzymuje i zachęca do tego, żeby prześledzić, jak to jest u nas? u mnie? u Ignacego?


Jeszcze kilka lat temu miałam mnóstwo wątpliwości. Różnorakich. Dotyczących sensowności mojego wcześniejszego podejścia wychowawczego. Wynikających ze zmęczenia i bezsilności, gdy po raz setny osiemdziesiąty trzeci powtarzałam, żeby nie wtykał palców do kontaktu.... albo, żeby przestał gryźć tą cholerną koszulkę.... Wątpiłam we wszystko, co wiedziałam wcześniej i byłam bliska  zbudowania niezłego muru między nim a mną. Trudno. Chory, nie będzie widać nam tak łatwo się dogadać i porozumieć, jak ze zdrowymi dziećmi. 

Poważny kryzys rodzicielstwa opartego na znanych mi podwalinach: zrozumienia, szacunku, rozmowy, cierpliwości. Dodatkowo- ponieważ te podwaliny zaczęły się chwiać w ostatnich latach również w odniesieniu do starszych chłopców (wchodzących w okres dojrzewania)- jako rodzina byliśmy w kryzysie, wynikającym z przeciążenia stresem (choroba dziecka na nikim nie zostawia suchej nitki)... Czułam się kompletnie zagubiona. Tak, jakbym potrzebowała stworzyć swoją wersję rodzicielstwa od nowa...

Nie przyznam Wam się, co wtedy myślałam i jakich rad gotowa byłam posłuchać.... W desperacji szukałam wsparcia i inspiracji, wskazówek i złotych środków... I różne sugestie do mnie docierały...
Próbowałam nawet o tym wspominać tutaj, na blogu, ale ciężkie to były poszukiwania.... Zresztą- kto chce, niech sprawdzi tu: Zapętleni, czyli...

Na szczęście zaczęłam czytać, bo nie mogłam znaleźć spokoju. Tak trudno mi było w tej warownej wieży, utworzonej z niezrozumienia i złości po obu stronach. Wciąż myślałam, że mam wyjątkowo przekorne dziecko, lub przynajmniej niepojętne, bo niepełnosprawne przecież...... Tu wymaga więcej, tam wymaga więcej, a przecież i tak nie wiadomo, dokąd zajdzie w tym rozwoju... 

Sięgnęłam po Juula, ale on odnosi się do doświadczeń ze zdrowymi dziećmi. Bez wyzwań rozwojowych i specyficznych ograniczeń. Trochę mi pomógł, a nawet bardzo- jeśli chodzi o starszych Synów, ale przy Ignasiu wciąż miałam poczucie, że to nie do końca rozwiewa moje wątpliwości. 

Pochłonęłam jeszcze kilka pozycji, między innymi tę, żeby nie karać, ani nie nagradzać, bo to nie przynosi takich skutków, jakich byśmy życzyli sobie dla naszych dzieci w przyszłości. Sporo badań, omówień, dużo argumentów i logiki. Ale: znów dotyczy zdrowych dzieci- tak to nazwijmy.  Skąd pewność, że nie popełniam błędu, traktując w tym zakresie mojego syna, jak standardowego kilkulatka? Skoro praktycznie w żadnym obszarze nie spełnia kryterium standardowego kilkulatka?


W końcu trafiłam na książkę, której potrzebowałam, ale której też się bałam trochę. W akcie desperacji i prawie kapitulacji. Nie wiedziałam nawet, czy mam siłę się z nią zmierzyć. I czy coś z niej zrozumiem;)
"Terapia dzieci z niepełnosprawnością intelektualną". Oczywiście Hanny Olechnowicz- wspominałam o niej tu: Jak blisko się da i czy warto?

A w niej opisane takie cuda, że nie mogłam się od nich oderwać ;)

Pozwólcie, że dziś wspomnę o jednym "programie- eksperymencie"*, który mocno mnie przekonuje, że warto dbać o bliską relację z dzieckiem o opóźnionym rozwoju intelektualnym, rozwijać jego uczuciowość, bo, jak pisze autorka: "niepełnosprawność intelektualna nie wyznacza granic rozwoju osobistego. Dzieci obdarzone bezwarunkową akceptacją, swobodą działania twórczego i wprowadzone w satysfakcjonujące kontakty diadyczne (z drugim człowiekiem- dopisek mój), mogą zbudować w sobie "ja" zdolne do kierowania sobą (...). Strategie budujące osobowość społeczną są bowiem potrzebne każdemu dziecku."

Przeprowadziła go wychowawczyni z grupą 14  dorastających dziewcząt, niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu lekkim, przejawiających trudności wychowawcze (brak współpracy, agresywność, impulsywność, kłamstwa, izolowanie się, roszczeniowość i bierność).
Podjęła się ona prowadzenia rozmów z podopiecznymi, na tematy dotyczące ich przeżyć osobistych i emocji. Z każdą z nich odbyła 5 rozmów, według tego samego scenariusza.

Rozmowy prowadzone były w atmosferze życzliwości, zainteresowania i bez oceniania i pouczania, lub też dyscyplinowania. Nauczycielka miała okazywać dziewczętom uwagę, szanować ich intymność i prawo do odmowy.

Po eksperymencie zauważono, że zachowanie i samopoczucie większości dziewcząt znacznie się poprawiło. Były mniej impulsywne, agresywne i bierne, chętniej współpracowały z wychowawczynią i koleżankami. Co więcej, zmiany te utrzymywały się później,gdyż dziewczęta poczuły się ważne (bo warte zainteresowania), zyskały samowiedzę i nowe spojrzenie na relacje z ludźmi oraz chętniej szukały kontaktu z nauczycielką. Ta zaś czuła osobistą i zawodową satysfakcję, gdyż udało jej się poznać swoje podopieczne na nowo, lepiej je zrozumieć i reagować na nie z naturalną serdecznością.

***

Jestem pewna, że jeśli poszperam w literaturze bardziej, natknę się na dane, potwierdzające sens takich działań jeszcze głębiej i o krok dalej: że dziecko, które jest traktowane podmiotowo, otaczane miłością i zrozumieniem, dostaje uwagę i jest akceptowane we wszelkich swoich "aspektach", również ze swoimi emocjami- lepiej się rozwija, buduje satysfakcjonujące związki z innymi, potrafi kierować swoim zachowaniem i nabywa wiedzę o świecie. Więc może i skuteczniej rehabilituje ;) 

A kiedy kolejnym razem powietrze w naszym domu przetnie przeraźliwy krzyk Ignacego na znak jakiegoś dziecięcego protestu, znowu postaram się go wziąć za ręce, albo kucnę przed nim, zajrzę w zaszklone oczy i powiem, że widzę i rozumiem, że pewnie mu trudno rozstać się z kolegą, albo przerwać super zabawę, by wyjść na ćwiczenia... I że wiem, że tego bardzo nie lubi, jak trzeba coś w połowie zabawy robić innego...

I pogratuluję w duchu jemu i sobie, gdy po raz kolejny (a zdarzyło się to ostatnio ze cztery razy), usłyszę szczere wyznanie, nieco obrażonym tonem: "jestem zły"...... Dopytam, o co chodzi? A potem pogłaszczę go po głowie i przypomnę sobie, że może będziemy musieli to ćwiczyć dwa razy dłużej niż chodzenie, mówienie i jazdę na rowerze.... ale warto. Bo właśnie otwieram mu tym trochę lepszą przyszłość i buduję poczucie, że "potrafi"... i "jest tego warty".



*opisywany eksperyment nosił nazwę: "Wypowiadanie własnych uczuć jako pomoc w kierowaniu sobą", program Danuty Tracz.

Komentarze

Inni czytali też:

"Jaskiniowcy z bliska", czyli to, co mnie fascynuje.

A może do kina?

Niczego nie żałuję?

Samodzielność