Niczego nie żałuję?

Pamiętam taką krótką rozmowę, wybrzmiałą gdzieś w lutym kilka lat temu na schodkach prowadzących do wielkiego gmachu ówczesnego przedszkola (mieściło się ono w pięknym, starym budynku przy parku - oba obiekty z długą historią).

- Jak patrzę wstecz, to kilka rzeczy chciałabym zmienić w swoim życiu, Pani Anito...- te słowa wypowiedziała do mnie pewna kobieta, która jeszcze wtedy pozwalała sobie na bliższe rozmowy ze mną- widać była w kryzysie i ich potrzebowała ;)
- A ja nie. Niczego nie żałuję, bo wiem, że robiłam wszystko najlepiej, jak wtedy mogłam zrobić...- bufon ze mnie przemówił z głębi, niepokorny...
- Naprawdę? Niczego? No to musi być Pani szczęściarą...

Szczęściarą może jestem, może nie, ale wtedy byłam chyba w kompletnie innym stanie psychiczno- umysłowym, niż teraz. Bo naprawdę wierzyłam w to, co mówiłam na tych schodkach, wchodząc przez drzwi przedszkola i kierując się na górę, w stronę szatni. 

Pomijam fakt, że przemawiała przeze mnie jakaś pycha lub strach przed krytycznym spojrzeniem na przeszłość- zwłaszcza tą dotyczącą Ignasia, bo wcześniej wiodłam przecież usłane różami pączkowe życie...- wyglądało to na mega świadomą postawę, nawet pokorną, jeśli spojrzeć na to z innej strony.

Dziś czuję, że zmieniłabym całkiem sporo, gdyby tylko się dało, ale najbardziej -zmieniłabym siebie z samych początków szpitalnego podróżowania z Ignacym...

-Wy oboje byliście w jakiejś czarnej dziurze depresji, córeczko. Nic do Was nie docierało.- usłyszałam ostatnio z ust mamy, którą też wzięło na wspominki naszych początków z Ignasiem. - Byliście tak zestresowani i przerażeni, że nie chcieliście słuchać żadnych podpowiedzi, sugestii...

Trochę tak może i było, ale jednak nie mogę się z tym całkiem zgodzić. Radziłam się wówczas sporo mamy, przyjaciółek, odgadywałam dylematy, lęki, przerażenie, i nawet dałam się ze dwa razy przekonać na chwilę do rozwiązań, których dziś właśnie żałuję - chociaż nie najbardziej.
Gdyby się dało przeżyć raz jeszcze te pół roku pomiędzy listopadem 2010 a majem 2011, na pewno nie podjęłabym przynajmniej dwóch z tamtych dziesiątek decyzji, dotyczących zdrowia i sprawności Ignacego. Ale się nie da. Mleko się wylało. Teraz mogę je jedynie wycierać...

Jednak najbardziej żałuję tego, że dałam się wpędzić w czarną otchłań rozpaczy i depresji. Że się skuliłam w sobie, skoncentrowałam na przerażeniu i na tym, żeby po prostu przetrwać ten czas. I nie walczyłam wystarczająco o to, o co wtedy być może mogłam zawalczyć... O bliskość i relację. Dałam się pożreć widmu niepełnosprawności własnego dziecka i to niejako odebrało mi siły.

Sporo się mówi ostatnio o instynkcie macierzyńskim. I o tym, czy jest wbudowany w psychikę kobiety, która staje się matką, czy raczej się go odkrywa w sobie stopniowo nawiązując relację z noworodkiem. Jestem pewna, że ja ten instynkt miałam w sobie od pierwszych chwil życia Ignasia, albo i wcześniej. Jednak czułam się sparaliżowana tym, co się wokół niego działo.

Broniłam naszego prawa do wspólnego spania- choćby na podłodze szpitalnej, bym mogła go karmić przez sen. Broniłam w ogóle jakichś godnych warunków i godnego traktowania nas i jego- maleńkiego i bezbronnego. Byłam prawie przy każdym zabiegu medycznym, by go chronić przed niepotrzebnym stresem. Czasem czułam się jak paranoiczna wariatka, porażona procedurami i obcym otoczeniem.

Ale nie potrafiłam go tulić, głaskać, kołysać, masować, zabawiać maskotkami, gdy zostawaliśmy sami w szpitalnej sali. Nie potrafiłam dbać już na tamtym etapie o jego odpowiednią stymulację rozwoju. Zwłaszcza, że Ignacy nie lubił takich aktywności i uspakajał się jedynie leżąc spokojnie sam w łóżeczku (później się to zmieniło- gdzieś koło marca, kwietnia, ale luty to był koszmar).

Któregoś wieczora do naszej małej izolatki weszła pielęgniarka i rzuciła mimochodem w moją stronę:
- Proszę mu przynieść jakieś zabawki, maskotki, może jakąś zawieszkę, bo on tak tylko leży tutaj i patrzy na te białe ściany....

I to była jedyna uwaga, która pozostała mi w pamięci z tamtego czasu, która świadczyła o tym, że wypowiadająca ją kobieta widziała, co się z nami dzieje. I, że potrzeba nam podpowiedzi i wsparcia., pokierowania. I, że tak może być, że matka czasami zwyczajnie nie wie. Albo nie potrafi. Albo też nie jest w stanie się zmobilizować. I potrzebuje pomocy. Ona. Nie tylko jej chore dziecko. (Że w ogóle nie wspomnę o ojcach na przykład).


O tym, jak Ignacy sam domagał się odpowiedniej dla siebie i swojego rozwoju stymulacji sensorycznej na późniejszym etapie życia- już po powrocie ze szpitali do domu- a ja odkrywałam z zadziwieniem, że powinnam po prostu bacznie się mu przyglądać i odpowiadać na komunikaty, które nam wysyła- napisałam dawno temu w tym poście:

Skąd ON to WIE?
Do dziś jestem pełna zdumienia i podziwu jednocześnie. Że tak to się po prostu działo między nami. I że tak pięknie potrafił to komunikować choć wówczas nawet nie mówił ;)

Komentarze

Inni czytali też:

Ta cała "zabawa" w emocje...

List do Terapeuty

JUŻ JEST! - Sala Doświadczania Świata

Maria i Biedronka- czyli doczytajcie do końca!